2024 Schneider Electric Marathon de Paris
7 kwietnia 2024 r. – data, którą zapamiętam na długo. To właśnie tego dnia, pośród ikonicznych alei i zabytków stolicy Francji, stoczyłem jeden z najtrudniejszych biegowych bojów w moim życiu. Schneider Electric Marathon de Paris – słoneczny, upalny jak na kwiecień i nieubłagany. Meta przy Avenue Foch zamknęła się za mną z czasem 3:29:06. To nie był zwykły finisz. To było zwycięstwo nad samym sobą.
Start na polu Elizejskim to uczucie nie do opisania. Gęstwa ludzi, nerwowa energia, widok Łuku Triumfalnego w pełnej glorii. Pierwsze kilometry wśród tłumu biegaczy to czysta euforia. Biegniemy obok Luwru, wzdłuż Sekwany, przez Place de la Bastille. Paryż oklaskuje, a my czujemy się jak bohaterowie.
Jednak około 20. kilometru poczucia euforii zaczęła wypierać fizyczna rzeczywistość. Słońce, które początkowo było miłym towarzyszem, stało się głównym przeciwnikiem. Temperatura rosła z każdą minutą. Moje ciało, przyzwyczajone do chłodniejszych, wiosennych treningów w Polsce, zaczęło wysyłać alarmujące sygnały.
Przegrzanie. To słowo najlepiej opisuje, co czułem od połowy trasy. Każdy krok wymagał nieprawdopodobnego skupienia i walki z własnym organizmem. Głowa mówiła „dalej”, ale mięśnie, zalane potem i gorącem, protestowały. Nawadnianie na punktach było święte, każdy zraszacz uliczny – zbawieniem. Widok kubka z wodą stawał się najpiękniejszym widokiem w mieście bardziej niż Wieża Eiffla (która, przyznaję, na trasie dodawała skrzydeł!).
Ostatnie 10 kilometrów to już czysty survival. Czas, o który walczyłem na treningach, przestał mieć znaczenie. Liczyło się tylko dotrzeć. Meta. Każdy zakręt, każda aleja w Lasku Bulońskim wydawała się nie mieć końca. Myśli krążyły wokół jednego: „Nie zatrzymuj się. Nie poddawaj się”.
I wreszcie – Avenue Foch, ostatnie metry, tłum wiwatujący. Przekroczyłem linię mety. 3:29:06. Rekord życiowy poprawiony o parę sekund. Był to najcenniejszy maraton w moim życiu. Ten, który wymagał ode mnie wszystkiego: hartu ducha, pokory wobec żywiołów i uporczywości, o której nie wiedziałem, że ją mam.
Ciało było wyczerpane, przegrzane, ale serce – przepełnione dumą. Schneider Electric Marathon de Paris pokazał mi nie tylko piękno biegania przez najsłynniejsze miejsca świata, ale też prawdę o maratonie: że to nie zawsze jest piękna opowieść, czasem to walka na wyniszczenie. A jednak, właśnie dlatego, kochamy ten dystans.
Paryżu, było ciężko. Było pięknie. Dziękuję za tę lekcję. A teraz… czas na regenerację. I może już w nieco chłodniejszym klimacie? ?




















