2026 Sanlam Cape Town Marathon

Afrykańskie słońce, oceaniczna bryza i Góra Stołowa w tle. To właśnie ten niesamowity anturaż towarzyszył mi na starcie maratonu w Kapsztadzie, dokładnie 24 maja 2026 roku. Kiedy człowiek na co dzień zajmuje się twardymi danymi finansowymi, rynkami i relacjami inwestorskimi, takie oderwanie od rzeczywistości jest nie tylko potrzebne, ale wręcz terapeutyczne. Wtedy liczą się zupełnie inne liczby. Zamiast wykresów giełdowych i bilansów – tempo, tętno i kilometry.

Trasa od samego początku zachwycała. Bieg w cieniu monumentalnych Gór Stołowych i wzdłuż wybrzeża Oceanu Atlantyckiego to coś, co na długo zapada w pamięć. Pierwsze kilometry mijały lekko. Szybki rzut oka na mój zegarek utwierdził mnie w przekonaniu, że trzymam równe, zaplanowane tempo. Chłodne, jesienne powietrze południowej półkuli idealnie sprzyjało wysiłkowi, a doping lokalnych kibiców, pełen autentycznej, afrykańskiej energii, niósł do przodu przez najbardziej wymagające odcinki.

Oczywiście, jak w każdym maratonie, musiał nadejść ten moment, w którym głowa zaczyna walczyć z ciałem. Po 25 kilometrze trasa zaczęła weryfikować siły, wymagały pełnej koncentracji. Skupiłem się na miarowym oddechu i utrzymaniu odpowiedniej kadencji. Żadne negocjacje z samym sobą nie wchodziły w grę – trzeba było po prostu konsekwentnie robić swoje, krok po kroku zbliżając się do upragnionej mety.

Ostatnia prosta to już czysta adrenalina i euforia, która zmywa z nóg wszelkie zmęczenie. Wpadając na metę, czułem ogromną satysfakcję z ukończonego biegu. Zatrzymałem stoper, a ekran wyświetlił oficjalny wynik: 3:42:22. To czas, który przyjąłem z zadowoleniem. Kolejne 42 kilometry i 195 metrów zapisane na koncie, a Kapsztad okazał się miejscem wyjątkowo łaskawym i inspirującym.

Kapsztad udowodnił, że miejsce w wielkiej ósemce elitarnego cyklu Abbott World Marathon Majors należy mu się bez dwóch zdań. To nie jest trasa do bicia rekordów i urywania sekund za wszelką cenę. To bieg, który trzeba po prostu poczuć – z solą na ustach i górami w tle. Teraz czas wracać do rzeczywistości i zregenerować nogi, bo kalendarz nie wybacza. W sierpniu czeka mnie Sydney, kolejny kontynent.